,,Wróżka Zębuszka"
Pobierz opowiadanie w formacie epub|pdf–
– Mamo, nie uwierzysz! – krzyknęła Anna, gdy tylko przekroczyła próg kuchni.
– Zaskocz mnie. – Julia odwróciła się od blatu kuchennego, przy którym właśnie kroiła dynię. Machnęła wielkim nożem i oparła dłoń o biodro, w oczekiwaniu na to, co ciekawego do powiedzenia może mieć jej córka.
– Kornelii wypadł pierwszy ząbek! – wyszczerzyła się i nerwowo założyła długie włosy za ucho.
Julia doskonale wiedziała, że Ania jest bardzo wrażliwa, a takie wydarzenia wywołują w niej lawinę emocji.
Przyglądała się jej pełnym ustom, ciemnym włosom i oczom w tym samym kolorze. Nie była już malutką dziewczynką. Chwila, w której oznajmiła, że siedmioletnia wnuczka Julii pożegnała pierwszego mleczaka dostatecznie to podkreślała. Ledwo powstrzymywała łzy wzruszenia, bo tak naprawdę i dla niej było to wielkie przeżycie.
Westchnęła ciężko i uśmiechnęła się szeroko. Odłożyła nóż, podeszła do córki, a ta w tym samym momencie wyciągnęła do niej ręce. Julia zamknęła ją w czułym uścisku.
– Cudowna wiadomość. To musiało być dla niej wielkie przeżycie – powiedziała zdławionym głosem. Z trudem powstrzymywała płacz.
– Oj tak, ale gdybyś tylko widziała jej szok. – Ania parsknęła śmiechem, odsuwając się od matki. Otarła łzę z policzka i chwyciła nóż z blatu. – Pomogę ci – oznajmiła.
– Świetnie, akurat robię zupę dyniową na jutrzejszą imprezę halloweenową.
Julia wyjęła garnek z szafy i napełniła wodą, a potem postawiła go na kuchence.
– No i słuchaj… – Kobieta kroiła pewnymi ruchami dynię i spoglądała na Julię. – Ząb ruszał się jej chyba dobre dwa tygodnie, a jak już wypadł, zachowywała się zabawnie. Jakby wcześniej nie brała pod uwagę, że tak się może wydarzyć. Mówię do niej, że przecież wiedziała, co się z nim stanie.
– Krój troszkę drobniej, córcia – upomniała ją Julia.
Ania spiorunowała ją spojrzeniem.
– Nie słuchasz – skwitowała.
– Żartujesz? Czy ja ciebie kiedyś nie słuchałam?
– No tak, wybacz. – Ania wykrzywiła usta w krzywym grymasie i kontynuowała:
– W każdym razie, Kornelia zaczęła biegać po całym domu. Śpiewała i tańczyła podekscytowana. Potem nagle zrobiła wielkie oczy, bez słowa poszła do swojego pokoju. Wróciła z malutkim różowym pudełeczkiem. Skubana schowała tam ząbek! – Kręciła głową z niedowierzaniem.
– Co w tym niezwykłego? – zdziwiła się Julia.
– Wyobraź to sobie: oznajmiła nam, że jeśli pięknie zapakuje zęba dostanie większy hajs od wróżki. Moje malutkie dziecko, które do niedawna ledwo się wysławiało, teraz używa słowa hajs i do tego gubi mleczaki. – Przełknęła gulę w gardle i westchnęła. – Kiedy do tego doszło?
Julia spojrzała w szklane oczy córki. Kąciki ust automatycznie podniosły się do góry. Doskonale wiedziała, co miała na myśli, zadając to pytanie. Sama szukała na nie odpowiedzi.
Kątem oka widziała swoje odbicie w małym lusterku na parapecie. Delikatne kurze łapki przy ciemnych oczach, mała zmarszczka biegnąca przez środek czoła i siwe odrosty, odznaczające się mocno od kasztanowych włosów. Poprawiła odruchowo beżowy golf przy szyi i wypięła piersi do przodu. Miała pięćdziesiąt lat, dorosłą córkę i wnuczkę.
– Kochanie, czas nie zwalnia. Ciesz się życiem. – Bała się, że zaraz się rozklei.
– Wiem, mamuś! Dlatego jutro imprezka! – zaśmiała się Ania. Wrzuciła kawałki dyni do garnka i dodała czubatą łyżkę soli.
Julia prychnęła, szturchnęła córkę łokciem i zaczęła sprzątać blat. Stresowała się przyjęciem i tym, ilu ludzi musiała przyjąć pod swój dach. Choć słowo musiała było nieco przesadne. Chciała to zrobić.
Planowała tę imprezę od miesiąca, bo dzięki temu będzie miała możliwość pokazania się od innej strony. Twarzą w twarz i przy kilku kieliszkach wina mogłoby to być łatwiejsze.
Przy bliższym poznaniu mogłaby zyskać szansę na zdobycie nowych inwestorów. Klinika dentystyczna, którą prowadziła od prawie trzydziestu lat, ledwo funkcjonowała. Nie było tak zawsze, ale od ponad roku coś zaczęło się sypać. Julia podejrzewała, że powodem mógł być fakt, że w okolicy otwierało się coraz więcej gabinetów stomatologicznych. Chodliwy zawód dwudziestego pierwszego wieku.
Sięgnęła po dyniowe babeczki, które upiekła przed wizytą Anki. Zaczęła wbijać w nie pikery z uśmiechniętymi zębami. Podskoczyła przestraszona, gdy poczuła na ramieniu lekki dotyk.
– Chyba właśnie jest ten pierwszy raz – mruknęła Ania.
Julia przyglądała się jej zdezorientowana, obracając nerwowo jedną z wykałaczek. Ania przygładziła jasno-brązową tunikę i odchrząknęła:
– Naprawdę nie rozumiem.
– Nie słuchasz mnie! – Julia rzuciła jej oskarżycielskie spojrzenie.
– Boże, przepraszam… Zupełnie się odcięłam. Zaczęłam myśleć o klinice i… – Nie dokończyła, bo córka podeszła do niej, by zabrać jej piker. Odłożyła go na blat i chwyciła ją za rękę.
– Mamuś, wszystko będzie dobrze. Znajdziesz inwestorów i nie będziesz mogła odpędzić się od pacjentów. – Uśmiechnęła się pokrzepiająco. Znów założyła długie pasmo za ucho i sięgnęła po papierowy ząb. Wbiła go teatralnie w babeczkę. – Będzie git!
– Masz rację… – Julia westchnęła głośno. – Będzie git! – Pokiwała głową i zaśmiała się szczerze, mrużąc oczy.
Położyła obie dłonie na karku i wzięła kilka głębokich wdechów. Z takim wsparciem nie było innej opcji. Musiało się udać.
– Wiesz co? Antek wciąż jest z Kornelką w parku. Tak sobie pomyślałam, że skoro jutro Halloween, a dziś mam chwilę bez małego gnoma u nogi, to może opowiesz mi historię o wróżce zębuszce? – Ania uniosła brwi i czekała.
– Chyba jesteś za duża na takie bajki – prychnęła Julia, wracając do przyozdabiania ciastek.
– Oj mamo, dobrze wiesz, o jakiej historii mówię.
– Dlatego wolę wrócić do przygotowywania przekąsek i będzie mi miło, jeśli pomożesz zapakować babeczki w tamte pudełka. – Wskazała na białe kartoniki w pomarańczowe kropki.
– Ale z ciebie zrzęda – burknęła.
– Też cię kocham. – Zrobiła dzióbek i posłała Ance całusa.
Doskonale zdawała sobie sprawę, co miała na myśli jej córka. Julia niezbyt chętnie opowiadała tę bajkę, ale Ania co roku nalegała. Teraz pewnie zależało jej na niej jeszcze bardziej, bo w końcu małej Kornelce wypadł pierwszy ząbek. Jednak Julia zastanawiała się, czy może czas zmienić repertuar i znaleźć fajniejszą baśń. Taką, której chętnie posłuchałaby również wnuczka. Może o Roszpunce?
Pakowały słodkie przekąski i co jakiś czas wymieniały kilka zdań. Raz na parę minut jedna z nich mieszała zupę. Na blacie kuchennym i stole piętrzyły się pudełka oraz jedzenie - począwszy od małych tortilli, klopsików, a skończywszy na szaszłykach i parówkach w cieście.
Wszystko prezentowało się smakowicie oraz dość elegancko. O ile można było nazwać tak żywność przyozdobioną zębami, duchami i pająkami.
Po zapakowaniu jedzenia i wyłączeniu palnika pod zupą, posprzątały resztę rozgardiaszu, żeby móc w spokoju zająć się dmuchaniem balonów.
Julia nie mogła się doczekać efektu dekoracji. Kuchnia, która była praktycznie cała biała, a salon spowity szarościami i beżami z pewnością stworzą niezłą parę dla wystroju halloweenowego.
Co roku na przyjęciu świątecznym salon z aneksem robił wielkie show. Przyjaciele nie potrafili wyjść z podziwu jak idealny Julia ma dom pod względem przygotowywania takich uroczystości. Szkoda tylko, że nikt nie zastanawiał się ile trzeba włożyć pracy w utrzymanie tak wielkiego budynku w czystości.
Całe życie na to pracowała, co napawało ją ogromną dumą. Nigdy nie zaprzeczała komplementom i nie czuła się z nimi źle.
Przyczepiły czarne balony, gdzieniegdzie dodając po kilka pomarańczowych i białych. Dodały sztuczną pajęczynę z waty, a na żyrandol i kinkiety srebrne serpentyny.
Julia nie potrafiła przestać się uśmiechać. Przyjemny zapach zupy dyniowej, unoszący się w całym domu i małe świeczki, które zapaliła Ania nadały przytulnego klimatu. Za oknem zrobiło się szaro, więc postanowiły zaciągnąć rolety, co sprawiło, że zrobiło się jeszcze przyjemniej.
Przyciemniły lampy i jednocześnie opadły na wielką kanapę. Julia zatopiła się w miękkiej, brązowej tapicerce. Zamknęła oczy.
– No halo, nie śpimy. Mamy jeszcze dobre dwie godziny. Co masz jeszcze do roboty, leniuszku? – Ania zerwała się w stronę matki, by połaskotać ją pod żebrami.
– Córcia, przestań! – Julia krzyczała, śmiejąc się w głos. – Teraz odpoczynek. Reszta z rana. – dodała, gdy odzyskała swobodę ruchu.
– Mogłabyś w takim razie opowiedzieć baję!
– Jak z dzieckiem… – westchnęła zrezygnowana.
– Zawsze będę twoim dzieckiem.
– Bo rzygnę tęczą. – Julia przewróciła teatralnie oczami, wzięła gruby koc z oparcia, żeby przykryć nogi sobie i córce. – W sumie cieszę się, że jeszcze chce ci się słuchać opowieści starej matuli.
Anka wybuchnęła śmiechem, oparła głowę o ramię matki i przymknęła powieki. Czekała.
– Dla mnie nigdy nie będziesz stara. Zawsze będzie mi się chciało cię słuchać – szepnęła, zanim z ust Julii popłynęły słowa. Te same, odkąd tylko sięgała pamięcią. Stałe i niezmienne. Przesycone czymś, czego Anna nigdy nie potrafiła nazwać.
Pod jej zamkniętymi oczami powoli rozrastał się baśniowy świat.
Gdy matka zaczęła opowiadać otuliło ją znów to przyjemne, choć mroczne uczucie. W ułamku sekundy przeniosła się do pięknej krainy, w której żyła młoda para królewska. Przyjemny, ale jakże poważny ton Julii zaczął rozlewać się w jej umyśle.
☪
Dawno, dawno temu, za górami, za lasami żyła królowa Anastazja wraz z królem Ignacym. Piękny zamek, w którym mieszkali, stał na skraju wielkiej wioski. Dookoła rozpościerało się ogromne jezioro o czysto lazurowej barwie. Do tej zjawiskowej budowli można było dostać się jedynie przez drewniany most zwodzony, znajdujący się tuż nad akwenem.
Czerwona cegła wyglądała magicznie w połączeniu z kolorem wody oraz jasnozielonych drzew rosnących dookoła niego.
W jednej z wieżyczek, tej, gdzie komnatę miało młode małżeństwo, właśnie odbywała się paląca dyskusja. Siedzieli naprzeciwko siebie, na łożu królewskim. Oboje mieli skrzyżowane nogi i trzymali się za dłonie. Promienie słońca odbijały się od błyszczących obrączek na ich palcach.
– Anastazjo, dobrze wiesz, że nie powinnaś udawać się sama do wioski – oznajmił oburzony król Ignacy.
– Zupełnie tego nie rozumiem. Nie czyha tam żadne niebezpieczeństwo. Tymi drogami przechadza się tabun ludzi – mruknęła zdenerwowana królowa.
– Weź chociaż jednego strażnika, kogokolwiek. Tylko nie idź samotnie. – Nie dawał za wygraną.
Uśmiechał się słabo i czuł, że mrowią go policzki. Bardzo chciał, aby żona poprosiła o jego towarzystwo. Z drugiej strony wiedział doskonale, że potrzebowała przestrzeni. Inaczej nie wpadłaby na ten absurdalny pomysł.
– Dobrze… – sapnęła zrezygnowana. – Zabiorę Salomeę.
Na zewnątrz rozległo się donośne brzmienie dzwonu, który zaczął bić w jednej z wież kościelnych na terenie zamku. Król zauważył, że słońce, które jeszcze przed momentem oświetlało komnatę swym blaskiem, zniknęło za jednym z drzew. Zapewne chyliło się już ku horyzontowi, aby zaraz zniknąć.
– Twoja siostra wydaje się odpowiednią osobą. Tylko może w takim razie przełóżcie to na jutrzejszy ranek. Zaraz się ściemni. – Ignacy nachylił się w stronę ukochanej, by złożyć delikatny pocałunek na jej czole.
– Nie ma mowy! – krzyknęła Anastazja z przekorem. Zerwała się z łóżka i wsunęła skórzane pantofle na stopy.
Stanęła przed lustrem, uśmiechając się do odbicia. Przygładziła długie, kasztanowe włosy i mruknęła zadowolona. Mrugnęła kilka razy ciemnymi oczami, a potem zerknęła w stronę króla, który podejrzanie zamilkł. Obróciła się kilka razy, przez co brązowa sukienka z drobniutkimi cekinami na gorsecie zafalowała.
– Nie umiem się na ciebie gniewać – szepnął i podszedł do niej, a już po sekundzie zamykał ją w mocnym uścisku. – Kocham cię, Anastazjo – mruknął do jej ucha.
Poczuła ciepło jego oddechu, który sprawił, że włoski na karku stanęły dęba.
– Myślisz, że Salomea poczeka? – zapytała zalotnie.
– Chyba nie ma wyjścia! – oznajmił głośno, wpijając łapczywie usta w delikatne wargi kobiety.
Jęknęła rozanielona i przymknęła powieki, gdy Ignacy pocałunkami dotarł do szyi.
– Nie mamy czasu na amory – jęknęła. Przyglądała mu się wzrokiem pełnym miłości. Był idealnym mężem.
Pełne usta, kręcone włosy w kolorze ciemnego brązu i miękki zarost. Jego czarne odzienie, przeszyte złotymi nićmi sprawiało wrażenie, jakby nie było na świecie nikogo dostojniejszego.
Wciąż nie mogła uwierzyć, że to właśnie ją poślubił.
Król Ignacy szczerzył zęby i mrużył oczy.
– Uwielbiam cię – szepnął, gdy głowa królowej opadła na jego klatkę piersiową.
Oddychała głośno, chichocząc pod nosem, a on uniósł jej twarz za podbródek, by złożyć pocałunek na różowych ustach. Lubiła takie spontaniczne zbliżenia, ale musiała się zbierać, zanim Salomea zniknie zamknięta i odcięta od świata w swej komnacie.
Siostra miała zwyczaj wcześnie się kłaść i czytać przeróżne księgi, aż zaśnie. Zawsze fascynowało to Anastazję, która ledwie zdołała nauczyć się pisać, a co dopiero czytać.
Królowa rzuciła szybkie słowa pożegnania, chwyciła z wieszaka długą pelerynę i wybiegła z komnaty. Zostawiła króla z rumieńcami na policzkach.
Gdy się odwracała, zobaczyła jeszcze jak przejechał ręką po lokowanej czuprynie. Idąc korytarzem w stronę sypialni Salomei, nie potrafiła powstrzymać wyrazu twarzy, który z daleka krzyczał ,,Jestem szczęściarą’’.
– Ruszamy odkrywać wielki świat! – krzyknęła królowa Anastazja, gdy stanęła w progu komnaty siostry.
– W życiu. Zaraz się kładę – rzuciła oburzona.
Dla podkreślenia swego argumentu podeszła do łóżka, odrzuciła pościel na bok i zaczęła poprawiać poduszki. Skinęła damie dworu, aby przygotowała nocne odzienie.
– Proszę, mamy okazję zrobić to pod osłoną wieczoru. Bez służby. Ty i ja. Same. – Podkreśliła ostatnie słowo.
– Mogłaś tak od razu! – Salomea uniosła kąciki ust i na jej obliczu wykwitła chytra mina.
Wsunęła pantofle i zarzuciła futrzane bolerko.
Anastazja przyjrzała się siostrze, która była jej zupełnym przeciwieństwem. Włosy, w kolorze jasnego blondu nie sięgały nawet łopatek. Upinała je w ciasny warkocz. Błękitne oczy wyglądały, jakby ciągle mrużyła powieki. Nie stroiła się przesadnie, a gorset opinający malutkie piersi wyglądał na sfatygowany. Nosił kolor wyblakłej czerwieni, tak samo jak dół odzienia.
Zadziwiająco nie była nim suknia, a bufiaste spodnie. Królowa nie pamiętała ile już razy próbowała przekonać Salomeę do założenia prawdziwie kobiecych kreacji. Cieszyła się, że chociaż na przyjęcia potrafiła się przełamać.
– Trochę się obawiam – wyznała Anastazja, gdy kroczyły drewnianym mostem.
Ich kroki odbijały się głośno. Dawno nie opuszczała zamku bez służek.
– Żartujesz? To po co to robisz? – Salomea stanęła jak wryta. Mierzyła starszą siostrę wzrokiem. Kątem oka widziała, że słońce zniknęło za horyzontem, zostawiając tylko odrobinę pomarańczowej poświaty.
– Sama nie wiem. – Królowa wzruszyła ramionami.
– Myślę, że lepiej tego nie roztrząsać. Chodź. Napijemy się miodu, prosto z dzbanka! – Podskoczyła uradowana i klasnęła w dłonie.
Królowa Anastazja odegnała niepokój, który do niej przylgnął. Opuściło ją nieprzyjemne napięcie, które czuła, odkąd wyszły.
Zapłaciły woreczkiem wypełnionym złotymi monetami jednemu z chłopów, który siedział w swoim sfatygowanym powozie tuż przy moście. Wsiadły na drewnianą bryczkę, a kierowca wprawił czarnego konia w ruch.
Kopyta stukały o kamienistą drogę, którą w dużej mierze pokrywały rozległe kałuże. Zwierzę rozchlapywało dookoła błoto.
Anastazja siedziała spięta, miętoląc skrawek sukni. Przygryzała wnętrze policzka i próbowała zapanować nad oddechem, bo coś jej mówiło, że to chyba nie był dobry pomysł. Zrozumiała to równie szybko, co Salomea. Mężczyzna nie skręcił w stronę wioski, a odbił do lasu, pospieszając konia.
Kobiety wlepiły wzrok w ciemną drogę leśną, do której nieubłaganie się zbliżali.
– Proszę zawrócić! Nie tak się umawialiśmy! – krzyknęła przerażona Salomea. Chłop nie zareagował. Nie odwrócił się, a koń dalej pędził.
– Co się dzieje? – Królowa ledwo wydobyła z siebie głos.
Ze stresu nie potrafiła racjonalnie myśleć. Nie miała pojęcia, co powinna zrobić. Ignacy miał rację od początku. Dlaczego go nie posłuchała?
– Nie wiem! – ryknęła Salomea, a po jej policzkach poleciały łzy wielkie jak groch.
Anastazja nigdy nie widziała płaczącej siostry. Zawsze była odważna i niezłomna, a w tej chwili dała się ponieść emocjom. Dopadł ją strach.
Królowa, jak przystało na władczynie, starała się zachować zimną krew. Niosło to ze sobą ogrom wysiłku. Przełknęła gulę, która stanęła jej w gardle. Odchrząknęła i już miała się odezwać, gdy mężczyzna gwałtownie zatrzymał bryczkę. Powozem szarpnęło tak mocno, że siostry prawie spadły z siedzisk. Wrzasnęły przestraszone, zupełnie nie wiedząc, czego mają się spodziewać.
– Cicho głupie, bo ktoś usłyszy! – warknął chłop. Zszedł z powozu, by zaraz szybko do nich doskoczyć.
– Nie mamy nic, żadnych monet, ani biżuterii – rzekła stanowczo królowa, choć ciężko było jej zapanować nad drżącym głosem.
– Ależ ja nie tego chcę. Pragnę tylko ciebie – powiedział, prężąc się dumnie.
Wyszczerzył żółte i zepsute zęby. Przejechał po nich językiem i mlasnął z zadowoleniem. Wyciągnął dłoń w stronę Anastazji.
Jego dłonie były ubrudzone błotem albo czymś gorszym, co znajdowało się nawet pod długimi paznokciami.
Salomea patrzyła na wszystko z boku i siedziała sztywno, przewracając oczami. Błądziła wzrokiem dookoła, jakby liczyła na pomoc, która pojawi się znikąd, albo znajdzie drogę ucieczki. Wjechali w mroczny las, do którego nikt rozsądny nie zapuszczał się po zachodzie słońca. Do tego jej siostra wyglądała na zadziwiająco opanowaną, a właśnie obleśny mężczyzna oznajmił, że zamierza ją posiąść. Salomea chciała coś zrobić. Powiedzieć cokolwiek lub ruszyć się i zareagować, ale strach o własne życie był silniejszy. Wydawało się jej, że jeśli powie choćby słowo, ten oprych nie będzie miał skrupułów, by ją zabić. Próbowała zapanować nad czarnowidztwem i szukała w głowie rozwiązania, jak uwolnić się z tego koszmaru.
– Chyba nie wiesz z kim rozmawiasz! – oburzyła się królowa Anastazja. Wstała, a mężczyzna zrobił krok do przodu, zmuszając ją tym ruchem, aby z powrotem usiadła.
– Doskonale wiem. Królowa Anastazja, córka zmarłego króla Eugeniusza III. Władcy, któremu niedostateczne było posiadanie całego królestwa Bortalii, więc postanowił przelać krew wielu niewinnych i zagarnąć też ziemie sąsiedniego Durando. Oj, wy głupiutkie. – Kiwnął głową z dezaprobatą. – To wasz ojciec rozpoczął krwawą bitwę, w której poległo wielu moich poddanych. Zabił mą ukochaną i jedynego syna.
Królową przeszły ciarki na te słowa. Kim on był? Ta myśl wżarła się w jej umysł, ale nie trwało to długo. Chłop zaczął opowieść, której siostry wolałyby nigdy nie usłyszeć.
– Król Eugeniusz III był potworem – kontynuował. – Zabił niewinną kobietę i dziecko. Mało tego… zesłał mnie na wygnanie, gdy wygrał wojnę o terytorium. Zagarnął całą ziemię i połączył dwa królestwa. Pozbawił mnie nie tylko władzy, ale także sensu życia. – Twarz chłopa wykrzywiła się w krzywym grymasie, a na policzkach wykwitły różowe rumieńce. Przełknął głośno ślinę i mocno westchnął.
Salomea nie mogła uwierzyć w tę historię. Owszem, znała te opowieści od służek, ale to wszystko miało miejsce tak dawno temu. Siostry były wtedy malutkie. Nie zdawały sobie sprawy, jaki horror rozgrywał się za murami zamku. Nikt nie opowiadał im również o krwawej wojnie ze szczegółami.
Królowa Anastazja czuła jak coś ściska ją w piersi. Ojciec nie mógł być takim potworem. Wpatrywała się w zmarnowaną twarz mężczyzny, którą znaczyły głębokie bruzdy oraz brązowe plamy. Oczy miał dziwnie rozżarzone, jakby lekko przenikliwe. Ich jasny błękit zdawał się mocno kontrastować z brzydotą reszty. Jego odzienie wyglądało na mocno sfatygowane. Śmierdziało i pokrywało je mnóstwo plam niezidentyfikowanego pochodzenia o bogatej palecie barw. Tłuste włosy oblepiały zmarszczone czoło. Czy mężczyzna z tak ohydną prezencją faktycznie mógł kiedyś być królem? Może ojciec miał słuszny powód, aby zrobić to, czego się dopuścił? Wcale nie musiało chodzić o ziemię.
Chłop wciąż trzymał w powietrzu dłoń skierowaną w stronę królowej. Przecierał oczy drżącymi palcami. Wypieki na policzkach stawały się bardziej czerwone, a jego oddech głośniejszy.
Anastazja oraz Salomea dawno przestały słuchać, bo doskonale rozumiały, czego chciał. Zemsty.
– Zaprowadź mnie do króla! – rozkazał wreszcie, gdy skończył opowiadać.
Anastazja owinęła się ciaśniej peleryną. Zrobiło się jej zimno i dreszcze raz po raz przechodziły po kręgosłupie.
– Ojciec nie żyje od wielu lat – szepnęła ze smutkiem.
– Nie! Ty głupia! Zaprowadź mnie do króla Ignacego! – syknął, a spomiędzy zębów wystrzeliły krople śliny. Kobiety podskoczyły przestraszone.
Chłop zaśmiał się, a skrzekliwe dźwięki wżarły się w ich uszy. To brzmiało dość złowieszczo, a sceneria ciemnego lasu świetnie to uwydatniała. Z jednego drzewa odleciało stado przestraszonych wron, kraczących złowrogo.
Rechot mężczyzny wciąż odbijał się echem. Siostry bały się, co mógł planować.
Salomea wreszcie zebrała się na odwagę i zapytała nieco odważniej:
– Po co do króla?
– Na zamek nie wpuszczą byle kogo – Anastazja weszła siostrze w słowo drżącym głosem.
– Chyba słyszałyście, że nie jestem byle kim – burknął i przetarł twarz dłonią.
Podciągnął bufiaste spodnie i wwiercił błękitne spojrzenie w królową.
Zrobiło się jej niedobrze. Cała zawartość żołądka podeszła do gardła, gdy w nozdrza uderzył odór z ust mężczyzny.
Salomea mrugała szybko oczami i drapała się nerwowo po karku.
– Czego chcesz od mojego męża? – zapytała królowa.
– Ciebie. – Wzruszył ramionami i wskoczył na powóz. Wprawił konia w ruch i śmiejąc się pod nosem, zaczął nucić melodię.
Brzmiała niepokojąco. Anastazję oblewał zimny pot, gdy jej słuchała. Coś w tych dźwiękach sprawiało, że włoski na ciele stawały dęba. Co chłop miał na myśli mówiąc, że ją chce?
– Mogłyśmy uciec, gdy wsiadał na bryczkę! Dawałam ci znaki, nie widziałaś?! – warknęła do jej ucha siostra.
– Co? – Popatrzyła na nią zdezorientowana.
– Mrugałam, kilka razy, szybko. Tajny znak, nie pamiętasz?
– Salomea! Myślałam, że masz atak paniki… – syknęła.
– Chyba żartujesz.
– A wyglądam jakbym żartowała?!
Każda z sióstr obróciła głowę w swoją stronę i nie zamieniły już między sobą ani słowa. Pochłonęły je myśli, co dalej. Podjadą pod bramę zamku i jak gdyby nigdy nic wjadą do środka? Straż nie przepuści obcego chłopa, nawet jeśli wiezie królową i jej siostrę. To dawało im nadzieję, że ta historia skończy się dobrze. Wyjdą z tego całe i zdrowe, najedzone strachem. Z pewnością dostały lekcję, dlaczego warto korzystać z towarzystwa strażników.
Jakież było ich zdziwienie, gdy przed wrotami królestwa mężczyzna skinął głową, przejeżdżając obok straży. Tak, jakby się doskonale znali.
Anastazja stwierdziła, że nikczemnik od początku miał dojście do pałacu, ale pewnie nie do jej męża.
– Straż! Zatrzymać go! – wrzasnęły jednocześnie kobiety.
Gwałtownie zatrzymał powóz i odwrócił się w stronę sióstr. Zanim ktokolwiek zauważył, uniósł obszerne szaty, żeby wyjąć wielki nóż zza pazuchy. Jego ostrze lśniło, od odbijających się w nim pochodni, które znajdowały się na ścianie zamku tuż za nimi.
– Przemyśl to dobrze. Dziś życie straci jedna osoba. Od ciebie zależy, czy na jednej się skończy – rzekł pewnym siebie tonem. Wyszczerzył zepsute zęby i mrugnął okiem.
– Stój! – Usłyszeli jednego ze strażników.
Nie wyglądał, jakby specjalnie się spieszył. Po chwili znalazł się przy nich. Stanął przed wozem blokując przejście własnym ciałem. Przyglądał im się podejrzliwie.
– Jednak wszystko w porządku – wydukała Anastazja.
– Jesteś tego pewna, pani? – Strażnik spojrzał podejrzliwie na kierowcę powozu.
– Po… po prostu myślałam, że coś mu jest i nie zdąży się zatrzymać – mamrotała.
– Chyba nie rozumiem… – mruknął mężczyzna. – W czym jest problem? – Zbliżył się do chłopa.
– Nic się nie dzieje – jęknęła Salomea.
– Możesz odejść – potwierdziła królowa Anastazja. Wysiliła się na słaby uśmiech.
– Dobrze, pani. – Strażnik skinął głową i się wycofał.
– Dobra decyzja. – Mężczyzna z satysfakcją patrzył jak odchodzi spławiony przez królową – A więc do króla!
Wysiadł z bryczki i wyciągnął dłoń w stronę królowej. Pomógł jej zejść na ziemię. To samo zrobił z Salomeą. Położył dłonie na ich plecach, by prowadzić je delikatnie w stronę wielkich, drewnianych drzwi.
Obie wzdrygnęły się pod jego dotykiem. Na za dużo sobie pozwalał, ale czego miały się spodziewać po łotrze? Z pewnością nie zależało mu na przestrzeganiu zasad albo szanowaniu granic, bo nie miał nic do stracenia. Przecież został z niczym. Przez ich ojca.
Czy oczekiwał, że król Ignacy spłaci dług teścia?
Minuty, gdy zbliżali się do wieży królewskiej dłużyły się niemiłosiernie. Uśmiechały się słabo do mijanej straży, jak gdyby nigdy nic. Na pytania zainteresowanych strażników odpowiadały , że to tylko znajomy Salomei.
Dziś życie straci jedna osoba – słowa mężczyzny wwiercały się w umysł królowej.
W tej samej chwili zrozumiała, co miał na myśli. Ależ była głupia!
Ledwo przekroczyli próg komnaty królewskiej, a wszystko rozegrało się tak szybko.
Ujrzała rozpromienioną twarz męża. Wstał z fotela i ruszył w jej kierunku, gdy tylko ją zobaczył. Wyciągnął w jej stronę ręce, ale szybko zrzedła mu mina. Przed Anastazję wyszedł brudny łachudra. W jego dłoni błysnęło ostrze.
– Anastazjo! – rzucił przejęty król. Zrobił parę szybkich kroków w ich stronę.
Chłop ruszył w jego kierunku. Ignacy był zbyt zaskoczony, żeby zareagować. Napastnik zamachnął się i wbił nóż prosto w szyję króla.
Upadł na kolana. Dosięgnął gardła rękoma i objął je dookoła. Krew przelewała się między palcami. Bordowy strumień ściekał po klatce piersiowej.
– Nie! – krzyczała raz po raz Anastazja, zalewając się łzami. – Nie… nie! Błagam!
Podbiegła do męża i oplotła palcami jego dłonie, które wciąż kurczowo zaciskał na szyi. Zawodziła głośno i wołała o pomoc, lecz nikt nie przychodził. Ich splecione ręce, ani żaden materiał nie byłyby już w stanie zatamować krwawienia. Lepka ciecz tryskała spomiędzy palców. Szybko i obficie.
Nagle Anastazja zauważyła, że Salomea zniknęła. Czy ona właśnie wykorzystała okazję na ucieczkę, zostawiając ją z tym potworem?
Przyglądała się gasnącemu spojrzeniu Ignacego, który runął na podłogę. Leżał w dziwnej pozycji, a z jego ust wydobywał się bulgoczący dźwięk.
– Już mu nie pomożesz – stwierdził lekko zabójca jej męża.
– Dlaczego to zrobiłeś?! – wrzeszczała, wciąż płacząc. Wstała, doskoczyła do niego, zamachując się rękoma. Próbowała go uderzyć, ale chybiła.
Stał zadowolony i niewzruszony. Prężył się dumny jak paw. Zaczęła na oślep uderzać go pięściami w tors i popychać.
– Dlaczego?! – zawodziła.
– Powiedziałem, że chcę ciebie. Nie mogłem cię mieć, gdy miałaś męża – wyszczerzył się chytrze.
– Nic nie rozumiem! – Ryk kobiety odbijał się echem od ścian komnaty.
Powoli do niej docierało, co się stało. Zrozumiała, że jej ukochany nie żyje, a wszystko to stało się w mgnieniu oka. Miała świadomość, że to ona doprowadziła zabójcę tuż do męża. Zrezygnowana opadła obok jego ciała. Zaniemówiła, nie wiedząc, co począć.
Jak mogła do tego dopuścić? Nie sądziła, że to się naprawdę wydarzy.
Król Ignacy nie żył. Otwarte oczy skierowane były w sufit. Zionęła z nich pustka. Dookoła głowy zebrała się wielka kałuża krwi. Anastazja nie mogła uwierzyć w to, na co patrzy. Cały dzień przeleciał jej przed oczami. Zupełnie nie tego oczekiwała po dzisiejszym wyjściu. Dlaczego nie posłuchała męża? To jej wina.
– Służba przygotuje suknię. Jutro wielkie święto! – Brudny chłop podszedł do królowej i podniósł ją z klęczek. Ujął pod rękę i wyprowadził z komnaty.
Szła jak zahipnotyzowana. Szok nie chciał odpuścić. Próbowała coś powiedzieć, ale zaniemogła. Język jej zesztywniał i nagle nie umiała otworzyć ust. Szeroko otwartymi oczami chłonęła, co działo się wokół.
Strażnicy spokojnie idący w stronę komnaty królewskiej, dzierżąc w rękach drewniane nosze. Służki chodzące korytarzami z wielkimi bukietami żółtych kwiatów. Anastazja nie mogła uwierzyć, że śmierć Ignacego przeszła bez echa. Było tak, jakby ludzie po prostu zaakceptowali jego odejście. Być może to był jeden wielki spisek. Marzyła o tym, żeby obudzić się z tego koszmaru.
Kolejnego ranka ocknęła się spocona i roztargniona. Promienie słoneczne raziły ją w oczy, bo ktoś rozsunął zasłony. Przewróciła się na bok i wyciągnęła dłoń na drugą stronę łóżka, chcąc przytulić męża. Nienawidziła takich snów.
Jednak go nie było.
Załkała cicho zrozpaczona i wstała powoli. Poprawiła długą koszulę nocną, a gdy trochę się uspokoiła zawołała służkę.
Ku jej zaskoczeniu w drzwiach ujrzała przystojnego mężczyznę. Ciemne włosy za ucho i opięte odzienie w beżowych odcieniach podkreślały mocną linię szczęki i delikatny zarost. Usta miał złożone w cienką kreskę i ciężko było dojrzeć, czy to uśmiech, a może powaga.
Anastazja szybko dostrzegła w nim coś znajomego. Bicie serca przyspieszyło, a dłonie pociły się jak nigdy.
Wpatrywała się w przeraźliwie błękitne oczy króla Durando.
– Nie… – szepnęła. Łzy spływały wolno po policzkach.
☪
Nim królowa się obejrzała minęło kilka dni, a potem miesięcy u boku Teodora, którego koronowano bez mrugnięcia okiem. Już dzień po śmierci Ignacego dworem rządził nowy król, który wziął znacznie więcej niż ziemię i tytuły. Wziął również Anastazję - tak jak od początku jej zapowiadał.
Przez ten okres próbowała zrozumieć, jak do tego wszystkiego doszło. Jakim cudem?
Najbardziej jednak zastanawiało ją, co się stało z Salomeą. Zniknęła zaraz po przybyciu do zamku z Teodorem. Wyparowała.
Nikt nic nie mówił. Nikt nie reagował. Anastazja czuła się zdradzona przez własnych podwładnych. Najgorsza była świadomość, że jest z tym wszystkim sama, bo po śmierci rodziców nie miała nikogo oprócz siostry. Teraz została tylko ona.
☪
Czas płynął szybko, a królowa odnosiła wrażenie, że każdy dzień jest taki sam. Nie cieszyło jej nic, aż do momentu, gdy odkryła coś niesamowitego.
Zapadła noc i gdy król Teodor zasnął, stanęła przed lustrem w garderobie i uniosła koszulę nocną.
Pogładziła wystający brzuszek.
– Witaj, maluszku. Obiecuję, że zrobię wszystko, abyś był szczęśliwy – szepnęła i zapłakała cicho.
Przeraźliwie się bała. Strach wżerał się w nią, ale starała się nad nim panować. Wiedziała, że dziecko nie będzie bezpieczne u boku podłego króla.
Mężczyzna w rzeczywistości był ucieleśnieniem zła. Codziennie znęcał się nad Anastazją. Uderzał ją w twarz. Przypalał uda rozżarzonym hakiem. Podtapiał przy kąpieli. Miał pokaźną listę tortur dla żony.
Gdy mówił, że chce ją posiąść, ostatnim, o czym myślała było to, że chciał ją mieć w ten sposób. Pragnął dalej mścić się na nieżyjącym królu Bortalii.
Jakież było zdziwienie królowej Anastazji, kiedy pewnego dnia dla odmiany nie zamierzał jej biczować, a uprawiać z nią miłość. Pierwszy oraz ostatni raz. Później nie zezwalał nawet, aby leżała u jego boku. Każdą noc spędzała na zimnej podłodze komnaty. Zły król zakazał jej nawet, aby ułożyła miękkie posłanie. Musiał wystarczyć cienki, a do tego brudny i śmierdzący koc.
Gdy pewnej nocy kazał jej położyć się do łoża, miała złe przeczucie. Pragnął intymności, a ona nie mogła mu odmówić. Czuła się okropnie. Zaciskała powieki, a po jej policzkach płynęły łzy, których nie potrafiła powstrzymać. Z trudem przetrwała ten uwłaczający akt. Starała się wyobrażać sobie przyjemne rzeczy. Wyszywanie serwetek, bieganie z siostrą po łące i zbieranie kwiatów polnych. Nie miała pojęcia, że poczęli w tym czasie dziecko.
Przyglądała się brzuchowi i łkała. Co jeśli dziecku też będzie robić krzywdę?
Zapragnęła znów ujrzeć Salomeę. Chciała, żeby się pojawiła, zabiła króla, a potem zabrała ją i dziecko w lepsze miejsce. Spokojne, bez cierpienia i złych ludzi. Co on zrobił z Salomeą? Zastanawiała się nad tym gorączkowo, gdy nagle przeszył ją przejmujący ból w lędźwiach.
Łono pulsowało tępo i poczuła dziwny ucisk. Przysiadła w wielkim fotelu przed lustrem. Oddychała powoli i zamknęła oczy.
Znów ten ucisk.
To niemożliwe, żeby rodziła. Brzuch był zbyt mały.
Usłyszała delikatny trzask. Otworzyła oczy. Przerażona spojrzała w stronę drzwi, z myślą, że ujrzy złego króla. Nie dostrzegła nic. Z ulgą przymknęła powieki i skupiała się na oddechu, bo znów dopadł ją tępy ból.
Rozległ się delikatny chrzęst.
Chyba coś biegało w komnacie.
Chwyciła lampę naftową ze stolika i poświeciła pod nogami. Nagle za plecami poczuła delikatny powiew, otulający ramiona i kark. Odwróciła się gwałtownie i zaniemówiła.
Jej oczom ukazała się piękna, niska kobieta o długich brązowych włosach. Sięgały praktycznie podłogi. Miała fioletową sukienkę, która mieniła się drobinkami brokatu. Bił od niej blask. Kojący i hipnotyzujący.
Przez moment Anastazja myślała, że widzi za jej plecami skrzydła, ale mrugnęła kilka razy i obraz ten znikł.
– K...k...kim jesteś? – zająknęła się zaskoczona.
– Kimś, kto ci pomoże. Za chwilę urodzi się dziecko. Musimy je ochronić – rzekła kobieta.
– Ale…
– Nie mamy czasu. Chodź… – Wyciągnęła w jej stronę dłoń. Anastazja ujęła ją z wahaniem, ale gdy tylko poczuła ciepło, rozlewające się w jej sercu, ścisnęła mocno palce i pozwoliła się prowadzić.
Tajemnicza piękność zaprowadziła ją do lochów, a tam, w wielkim cierpieniu, powiła dziecko. Śliczną córeczkę.
Przytulała ją mocno, aż kobieta oznajmiła, że już czas. Królowa ucałowała malutkie czółko. Słona łza spłynęła po jej ustach i upadła na policzek dziewczynki. Anastazja uśmiechnęła się i otarła mokrą plamę.
Oddała dziecko, a potem wyczerpana zasnęła.
☪
Mijały lata. Anastazja żyła dręczona u boku króla. Codziennie zastanawiała się, który dzień będzie jej ostatnim.
Pewnego wieczoru siedziała w bibliotece na miękkim fotelu i wyszywała chustę. Nagle poczuła to, co prawie piętnaście lat temu. Ciepły powiew.
Odwróciła się, ale tym razem nie była zaskoczona. Wpatrywała się w piękną kobietę. Zadziwiające, że wyglądała dokładnie tak samo jak wtedy.
– Anastazjo, król chce twojej śmierci – oznajmiła bez ogródek.
Królowa zerwała się z fotela i podeszła do okna. Wyjrzała na dziedziniec, który spowijał już mrok.
– Cudownie, bo o niczym innym nie marzę, a sama nie mam dość odwagi – odparła szorstko.
– Nie rozumiesz. – Piękność kiwnęła przecząco głową. – Poznał śliczną dziewczynę. Ma długie kasztanowe włosy, ciemne oczy i pełne różowe usta. Ma uśmiech królowej. Musi pozbyć się Ciebie, aby ją poślubić – dodała ciszej.
– Cóż… Taki mój los. Życie naznaczyło mnie takim cierpieniem, iż śmierć nie zrobi na mnie wrażenia. – Anastazja rozsiadła się z powrotem na fotelu i sięgnęła po chustę.
– Nic nie rozumiesz… – szepnęła.
– Czego? Wytłumacz mi. Dlaczego mam się bać? Co jest straszniejsze od życia z takim człowiekiem?! – wrzasnęła królowa. Odrzuciła materiał na bok i zaklęła zdenerwowana. Na jej twarzy wykwitły czerwone plamy, a bruzda na czole się powiększyła.
– Świadomość, że chce cię zabić, aby poślubić waszą córkę – oznajmiła nieznajoma.
– O czym ty mówisz?
– Ta dziewczyna. Ma uśmiech jak królowa, ma spojrzenie jak królowa… – wymieniała do momentu, aż Anastazja jej nie przerwała.
– Mówiłaś, że ją ochronisz! – ryknęła do kobiety. – Przecież on nie może tego zrobić! – Płakała królowa.
– Jestem wróżką, nie cudotwórcą!
– Czym jesteś?! – Anastazja otarła wilgotne oczy i wlepiła wzrok w piękną nieznajomą.
– Nieważne. Musimy coś zrobić.
– Ja… nie wiem co. On nie może się dowiedzieć o dziecku, a to jedyne, co by go powstrzymało przed poślubieniem własnej córki – łkała, trzęsąc się i obejmując ramiona dłońmi.
– Ale ciebie i tak by zabił. Co innego miałby począć, dowiadując się, że przed laty ukryłaś wasze niemowlę.
Królowa przyłożyła dłoń do ust. Po policzkach spłynął strumień łez. Nie potrafiła ich powstrzymać. Teodor nie mógł poślubić jej córki.
Doskonale wiedziała, że ziści on swój plan i zrobi wszystko, aby poślubić ślicznotkę.
– To co powinnam zrobić? – odparła drżącym głosem.
– Ja to załatwię.
Wróżka położyła ciepłą dłoń na ramieniu królowej i uśmiechnęła się delikatnie. Anastazja dygocząc ze strachu spojrzała w jej oczy, a potem na usta. Coś w nieznajomej sprawiło, że nagle poczuła się bezpiecznie.
– Ufam ci. – Kiwnęła głową, dając znać, że ta może działać.
☪
Wróżka stanęła w korytarzu, a słysząc donośne kroki, które nieubłaganie się zbliżały, szybko przemieniła się w mysz.
Kiedy król Teodor chwycił mosiężną klamkę i odchylił drzwi, myszka przedostała się do komnaty i czmychnęła pod łóżko. Gdy mężczyzna zmieniał odzienie na koszulę nocną, wpełzła pod wielką poduszkę na łożu.
Czekała cierpliwie, aż król ułoży się do snu, a potem zapadnie w głęboki sen.
Tak robiła przez trzy dni.
Za każdym razem, gdy zły władca zasypiał, myszka wyłaniała się spod poduszki i podgryzała go. Pierwszego dnia w uszy, na których rano pojawiły się strupy. Kolejnego dnia podgryzała jego nos.
Wtedy obudził się w środku nocy i krzyknął przeraźliwie z bólu. Myszka uciekła.
Wróciła trzeciego wieczoru, by znów cierpliwie zaczekać, aż króla zmorzy sen.
Zasnął twardo, a gdy tylko zaczął pochrapywać z otwartymi ustami, mysz zaczęła podgryzać jego język. Krew lała się po brodzie, ściekając na szyję i plamiąc białą koszulę. Wróżka postarała się, aby jego sen był mocny jak nigdy dotąd.
Przerażony król obudził się i zaczął wrzeszczeć. Wołał o pomoc, ale nikt go nie słyszał. Wtedy zrozumiał dlaczego. Obok na pościeli leżał język spowity dookoła czerwonymi, mokrymi plamami.
Umęczony bólem i strachem nie poddawał się. Wstał, żeby udać się po pomoc. Wtedy myszka wybiegła z ukrycia i przemieniła się w cegłę.
Król upadł na podłogę, potykając się o nią. Z głośnym łomotem uderzył głową w posadzkę.
Nad ranem obudził się półprzytomny, poplamiony krwią i cały w strupach. Pojawiła się służba, która z całych sił próbowała opatrzyć rany, aby pomóc władcy.
Szybko się okazało, że jego ciało zżerała choroba, z którą nawet królewski lekarz nie potrafił sobie poradzić.
Skóra Teodora pokryta była ropnymi bąblami, a ciało trawiła wysoka gorączka. Mamrotał niewyraźnie, leżąc bezwładnie w łożu.
Ludzie zaczęli szeptać, że złego króla dopadła kara albo czary.
☪
Z każdym dniem król Teodor popadał w większy obłęd, aż wreszcie królowa Anastazja zdecydowała, że spróbuje umieścić go w lochu. Poparła to argumentem, że boi się o jego życie. Mógłby przecież zrobić sobie krzywdę. Gdy tylko na chwilę gorączka odpuszczała, bełkotał niestworzone historie. Uderzał głową o ściany komnaty, rył paznokciami podłogę i ciągle czegoś szukał w sypialni. Gdy zaś powracała wysoka temperatura, po prostu bezwładnie leżał.
Królowa Anastazja zawodziła, że nie może już dłużej oglądać jego cierpień. Wcale nie dlatego, że było jej żal męża. Szukała po prostu dobrej wymówki, by się go wreszcie pozbyć. Strażnicy z niechęcią wykonali jej rozkaz, gdy wreszcie odważyła się wydać jakiekolwiek polecenie. Wciąż pozostawali mu wierni, ale wykonali jej rozkaz, rozumiejąc, że z królem dzieje się coś złego. Wcześniej ignorowali dyspozycje padające z jej ust. Nagle poczuła pełnię władzy. Czyżby poplecznicy króla Teodora powoli wypinali się na jego przywództwo?
W głębi serca wierzyła, że odzyska królestwo, córkę oraz uda się jej odnaleźć siostrę. Może wreszcie ktoś odważy się wyznać, co stało się z Salomeą.
Król Teodor został sprowadzony do lochu i skrępowany lnianym pasem.
– To dla jego własnego bezpieczeństwa – powtarzała raz po raz królowa.
☪
Już pierwszej nocy mała myszka nie mogła wytrwać w postanowieniu. Planowała sprawić, aby król zachorował i odpuścić. Jednak nadal usilnie chciała się go pozbyć. Całkowicie.
Poczekała, aż służba przygotuje jedzenie i pościel. Gdy władca został godnie obsłużony, zakradła się do lochu. Tak jak wcześniej, zaczekała, aż mężczyzna zaśnie. Gdy to się stało, wydostała się spod poduszki. Myszka zapiszczała, a król nagle znieruchomiał, jakby przygnieciony czymś ciężkim. Wpełzła do jego ust. Zaczęła powoli wyrywać mu zęby, jeden po drugim.
Król próbował się wierzgać i wydawał dziwne dźwięki, a w gardle bulgotała mu ślina wymieszana z krwią. Myszka nie przestawała. W pewnym momencie była nawet przekonana, że ten się dusi. To jeszcze bardziej ją zachęcało do torturowania ofiary.
Teodor otworzył szeroko spuchnięte oczy i spojrzał w dół. Wpatrywał się jak jego zęby po kolei uderzają z cichym brzdękiem w podłogę. Po brodzie spływała mu krew, a po policzkach lały się łzy.
Spocony oraz wykończony czekał na to, co nieuniknione. Nie miał już siły nawet wierzgać. Gorączka tak bardzo osłabiała jego ciało, że tylko zacisnął powieki i pozwolił, by tortury trwały.
Kaszlał co jakiś czas, usiłując wypluć albo zgnieść mysz dziąsłami, ale to na nic się zdawało.
Nie mógł zrobić nic.
☪
Nazajutrz straże znaleźli martwego króla, co od razu oznajmili królowej. Ta, udając zrozpaczoną pobiegła do lochu sprawdzić, jak to się stało.
Ujrzała zęby wokół głowy męża. Ktoś ułożył z nich dwa rogi jak u diabła.
Powstrzymywała się, aby nie wybuchnąć śmiechem. Musiała zachować pozory. Kontynuując wylewanie z siebie łez na siłę, wyobrażała sobie moment, gdy zabiera córkę do zamku.
Tak też się stało od razu tego dnia.
Wzruszeniom nie było końca. Wszystko wydawało się tak nierealne, a jednocześnie piękne.
Trudno było się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Młoda dziewczyna z wielkim szokiem przyjęła wiadomość, że jest księżniczką.
Anastazja opowiedziała jej o całym swoim życiu, unikając tematu Teodora. Obiecały sobie nawzajem, że postarają się nauczyć wspólnie żyć. Królowa wreszcie poczuła szczęście i radość. Nie obyło się bez strachu o to, co przyniesie przyszłość. Tylko, czy było coś gorszego niż jej dotychczasowe przeżycia?
Gdy przyszedł wieczór i piękna córka zasnęła w swym nowym domu, do królowej znów przyszła wróżka.
– Anastazjo, zawsze ci pomogę. Pamiętaj o tym. Zrobię dla ciebie wszystko – Uśmiechnęła się delikatnie.
Wtedy królowa zrozumiała.
Salomea mrugnęła okiem i rozpłynęła się w powietrzu.
– Nawet zabiję diabła – rozległo się po niej echo słów.
Królowa Anastazja zaśmiała się serdecznie i zmierzwiła włosy śpiącej córce. Spojrzała na sakiewkę pełną złotych monet przy łóżku. Podeszła, aby ująć ją w dłonie, a wtedy na podłogę spadła zmięta kartka. Anastazja rozwinęła żółty papier i wyszeptała wyblakłe już słowa:
Otwórz lecznicę zębów albo ucieknijcie w świat. Tylko proszę – sprawcie, żeby to złoto przyczyniło się do czegoś dobrego. Dłonie złego króla wszystko splamiły. Musicie to naprawić.
Salomea
Anastazja przełknęła gulę w gardle i cicho zapłakała. Nigdy nie wierzyła w cuda, czy teraz powinna? Poza tym, czy ona potrafi leczyć zęby?
☪
– Czekaj, po co te monety? – Ania przerwała opowieść matki.
– Jak to? Przed chwilą powiedziałam – westchnęła Julia.
– Chyba musiałam przysypiać przed końcem. – Wytknęła język matce.
– Wróżka chciała, aby królowa otworzyła lecznicę. Opowiadam ci to co roku.
– Okeeej, ale przecież czasem można coś zapomnieć, tak? Poza tym nie rozumiem. Anastazja miała mnóstwo pieniędzy. W końcu była królową – zdziwiła się Anka.
– Tak, ale to był taki gest. Monety, list.
– Chyba nie do końca kumam – burknęła, unosząc pytająco brwi.
– Boś nie żaba! – Julia parsknęła śmiechem. Przyłożyła dłoń do ust, aby nie wybuchnąć jeszcze bardziej. Szturchnęła delikatnie córkę w ramię.
– Zabawne! No naprawdę, mamuś! – Pstryknęła ją w czoło i opadła na łóżko. – Wiesz co jest najgorsze?
– Słucham.
– Opowiadasz mi to chyba od zawsze. To okropne. Nawet jak byłam maleńka jak Kornelia. – Ania wyprostowała się jakby nagle ją olśniło.
– Wiem, że to niezbyt wychowawcze, ale zawsze to lubiłaś. Wbrew pozorom ta historia cię uspokajała – stwierdziła Julia. – Poza tym mam na tyle rozumu i dawkowałam ci emocje.
– Ocho, czyli za rok wpleciesz nowe scenki? Może jakieś ostre? – Zaśmiała się w głos.
– Nie kuś. Z króla Ignacego był niezły przystojniak… – Julia zamyśliła się wpatrzona w ścianę.
– To czekam na przyszły rok. Ciekawe, bo kiedy to opowiadasz, czuję coś takiego… Sama nie wiem w sumie. W każdym razie twój głos jest przesycony czymś takim... – Zastanawiała się intensywnie, a Julia oczekiwała w napięciu, co usłyszy. – Nieważne. Faktycznie, po prostu lubię tę historię i tyle.
Obie w tym samym momencie spojrzały na duży zegar, wiszący w salonie. Zrobiło się dość późno.
– Powinnaś wracać do Kornelki i męża. – Julia podniosła się i pomogła wstać córce. Śmiały się, gdy obu strzyknęły kości.
– Starość nie radość. – Podsumowała Anka. Wzruszyła ramionami. Objęła matkę i ruszyła w stronę drzwi. – Widzimy się na imprezie!
– Wiadomo, tylko przyjdź ciut wcześniej. Nie zapomnij.
– A czy będzie ciocia Kalina?
– Jeśli zdąży na samolot. Wiesz, że u nich na Halloween jest bardziej widowiskowo. Różnie bywa. – Julia nastawiła czajnik z wodą i wyjęła kubek z szafki.
– Dobra, najwyżej zgadam się z nią rano. Pa, mamuś! No i dziękuję, że mogę pożyczyć Mini Coopera! – krzyknęła Ania, a po sekundzie już trzasnęła drzwiami.
Na zewnątrz rozległ się dźwięk odpalanego silnika. Auto odjechało z podwórza i znów nastała cisza. Przyjemna, ale przesycona czymś niepokojącym.
Świeczki zgasły i w powietrzu unosił się zapach dymu wymieszany z cynamonem i dynią. Julia zaparzyła herbatę, którą zabrała do gabinetu. Weszła do maleńkiego pomieszczenia, gdzie znajdowało się tylko biurko z krzesłem, a obok regał z książkami.
Zatopiła się wygodnym fotelu obracanym, pogrzebała chwilę pod siedziskiem, przeklinając pod nosem. Wreszcie udało się jej wydłubać kluczyk. Wsunęła go w zamek od szuflady w drewnianym biurku. Przekręciła dwa razy. Otworzyła powoli i wyjęła z niej fioletowe pudełeczko. Przez chwilę obracała je w ręku.
Wytarła spoconą dłoń o uda, a potem nerwowo poprawiła golf pod szyją. Westchnęła głęboko i uniosła wieczko opakowania.
Na dnie spoczywał malutki ząbek.
Julia otarła łezkę, która spływała po policzku i uśmiechnęła się pod nosem. Potem schowała kartonik z powrotem do szuflady.
Wsunęła rękę głębiej, by zaraz wydobyć większe pudełko.
Przełknęła gulę w gardle i otworzyła je.
– Fuj, co to jest? – Usłyszała za plecami. Podskoczyła przerażona.
Zawartość pudełka wypadła na panele, a Julia położyła dłoń na klatce piersiowej.
– Anno, oszalałaś?! Nie powinnaś się tak skradać – sapnęła. Przesunęła nogą to, co wypadło pod biurko.
– Przepraszam. Po prostu stało się coś dziwnego. Stałam na czerwonym świetle i zobacz. – Wyjęła z kieszeni kartkę.
Trochę złota na podratowanie kliniki. Buźka!
– Ach…
Julia wysłuchała krótkiej opowieści o tym, jak Anka znalazła na tylnym siedzeniu torbę wypchaną banknotami. Gdyby wiedziała, że coś takiego się wydarzy, nie pożyczyłaby córce auta.
– Dziwne! Normalnie jak w twojej bajce! – Oczy Anny błyszczały. Dreptała w miejscu zniecierpliwiona, oczekując aż matka ją olśni, ale ta nie zrobiła tego.
Obiecała, że wyjaśni jej to jutro. Ania po wielu namowach, żeby wróciła do rodziny wyszła niezbyt zadowolona i wyraźnie zdezorientowana. Julia nie mogła powiedzieć córce prawdy. Upewniając się, że ta wyszła, od razu wyciągnęła spod biurka zawartość, która wypadła z pudełka.
Wpatrywała się w pożółkłe i połamane zęby. Poczuła ścisk w klatce piersiowej, a cała zawartość żołądka podeszła jej do gardła.
Rozwinęła podniszczoną kartkę w linie. Na chwilę zawiesiła na niej wzrok. Przeczytała słowa, które widziała tak wiele razy od kilkunastu lat. Kręciła głową z niedowierzaniem, a potem wygodnie oparła się na krześle. Pomyślała o forsie w samochodzie i klinice. O córce i byłym mężu.
Zaginionym mężu.
– Cholera, Kalina... Co tym razem?
KONIEC ☪
Historia inspirowana baśnią ,,La Bonne Petite Souris’’ autorstwa Marie Catherine d’Aulnoy
*(tłumaczenie tytułu:,,Dobra mała myszka’’)
Grafika okładkowa: @book_adoo
Redakcja merytoryczna: @mariarovinauthor
Copyright © by Marta Szczepańska, 2025
© 2025 Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część tekstu nie może być kopiowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody autora.
Komentarze
Prześlij komentarz
Dziękuję, że poświęciłeś/aś czas na przeczytanie! Zostaw coś po sobie 💭